czwartek, 9 lipca 2009

Z zoo

Nie mogłam się powstrzymać - oto zdjęcia od Karoliny, opiekunki mnichów:





Krytyka

Dziś rano przeczytałam dość krytyczny komentarz nt. brejwowych filmów. Autor go zaraz usunął. Krytyka festiwalu i jego programu czy organizacji nie jest niczym nowym i ten głos nie był też odosobniony. Wśród bardzo wielu ciepłych, dobrych słów, słyszę też narzekania właśnie na organizację, program. Staramy sie je wszystkie spisywać i wyciągać wnioski. Co roku. Co roku też z czymś nie zdążymy, coś się nie uda. Najtrudniej chyba znaleźć odpowiedź na zarzut, że Brave jest nieautentyczny... a jego publiczność łyka imitacje (komentarz na forum GW). Cóż, odsyłam do tekstu pana Darka Kosińskiego w katalogu. Choć zabrzmi to banalnie - Brave to ryzyko. Warto je podjąć dla ludzi, którzy przyjeżdżają. W szczególności dla dzieciaków. Ale na przemyślenie każdej krytyki znajdziemy czas na pewno. Choć nie wiem jak zniosę krytykę bloga:)

Bilety

Prawie nie ma biletów. Prawie, bo nawet jeśli w Centrum Festiwalowym mówią wam, że już wszystko sprzedane to wciąż można je dostać. O konikach nic nie wiem, natomiast prawie zawsze tuż przed spektaklem rusza dodatkowa sprzedaż, gdyż niektórzy nie odbierają zaproszeń, rezerwacji lub po prostu nie przychodzą. Nie ma więc co rozpaczać.

Swoją drogą, oficjalnie, bilety zostały już tylko na jutrzejszy koncert Toumani Diabate i dzisiejszy Kut. O resztę trzeba się bić. Toumani występuje zamiast Ahellil, którzy nie dostali wiz na przyjazd do Polski. Dlatego jeśli kupiliście bilet na algierską grupę, możecie spokojnie przyjść z tym biletem na Diabate. Tak samo z biletami na Imzad – są ważne na Andreasa Vollenweidera… na którego oficjalnie nie ma biletów:)

środa, 8 lipca 2009

Zikr

Jestem uprzywilejowaną płcią, którą mogła dziś zobaczyć zikr w wykonaniu Kistynek. Powaliły mnie na kolana swoją naturalnością i energią. I gruzińskimi cukierkami przypominającymi komunistyczne tofi. Doba na zmianę płci bądź kamuflaż to mało, ale warto, panowie.

Tańce cham

Dziś niespodziewanie, a może zgodnie z niebiańskim planem, mnisi zatańczyli tańce cham. W sobotę zniszczą mandalę i wsypią ją do Odry ku szczęśliwości wszystkich. Początek, uwaga, o 11.30.















Pomoc

Około 250 zł. Tyle kosztuje jedzenie dla dziecka w Tybecie. Na cały rok. 630 zł musi zapłacić za roczna naukę, która obejmuje także internat. W Ugandzie semestr szkoły wynosi 100 dolarów, niewiele ponad 300 złotych. Tyle potrafimy wydać w tydzień, jeśli nie jesteśmy rozrzutni. Brave Kids miał być krokiem w kierunku realnego spotkania, wymiany doświadczeń, przeżycia emocji związanych z otwarciem się na drugiego, małego człowieka. Ale można zrobić też coś bardziej konkretnego! Łatwo policzyć, że kupując 1 bilet, czy katalog kupujemy obiady na cały miesiąc. Niektórzy z was poznali już czwórkę dzieciaków z Ugandy. Jeden z widzów Brave zaoferował opłacenie mu szkoły. Spontanicznie pojawił się też pomysł, żeby zebrać nie tylko pieniądze, ale i ubrania dla większej liczby dzieciaków. Pomoc trafi więc nie tylko do Tybetu! Przynoście co możecie do Centrum Festiwalowego na Rynku. Tam też możecie kupić fantastyczne rzeczy wykonane przez Nepalczyków, których sprzedaż zasili Rokpę i koszulki z Ugandy. Zróbcie coś więcej. Jesteście przecież Brave:)



Filmy

Rok temu mogłam chodzić tylko na brejwowe filmy. Przeżywałam, że zobaczę tak niewiele, ale w gruncie rzeczy zobaczyłam cały festiwal, a raczej to, o czym on jest.

Ala G. przygotowała świetny program filmowy. Nie mam nic do poprzednich, ale tegoroczny jest naprawdę wyjątkowy. Bardzo trafnie, czasami niezwykle subtelnie koresponduje z tematem festiwalu. Do końca zostało jeszcze kilka tytułów. Bardzo polecam jutrzejszy „Beyond our Ken”, w którym zobaczycie współczesną, umiejętnie zawoalowaną formę sekty. To bardzo sprawny dokument, który w pewnym momencie wymyka się spod kontroli. Mnie zmroziło. Nieco lżejsze klimaty znajdziecie w „Celebration” – miasteczku zbudowanym na modłę Disney'a, gdzie wszystko do wydaje się idealne do bólu. Mój ulubiony film to jednak „Dream Girls”, mnie samą dziwi ten wybór, kiedy w programie jeszcze dwa znakomite dokumenty o fotografii („War Photographer” i „Looking for an Icon”, poza tym lubię wszystko co z Buddą w tytule), ale ten japoński film, o ironio, wydaje się być najbardziej sugestywny ze wszystkich. Wyobrażam sobie, że znajduję się w tłumie japońskich nastolatek i krzyczę imię idola, który jest w rzeczywistości kobietą... Zobaczcie.
A, i jeszcze „Operation Lizystrata” w piątek, a po nim spotkanie z reżyserem.

Projekcje odbywają się w Kinie Warszawa.